A ile lat minęło 

Fotograf: Autor fotografii >> FotografWarszawa39
W tym miejscu uczyłem się muzyki. Od 1. roku życia aż do liceum.
To znaczy słuchałem muzyki. Muzyki klasycznej, poważnej.
Słuchałem perkusistów, którzy mieli tu okna, flecistów, dźwięków trąbek i kotłów. Od czasu do czasu trele solistek.
Wszystko zlewało się z gwarem szczekających psów, które ujadały lub wyły, gdy usłyszały wysokie C.
Z nudów w dni słoneczne i deszczowe szwendałem się tu i tam, tam i z powrotem, z jednej górki na drugą. Aż  do obiadu.

Dobrze wspominam kwietnie i maje, było cieplej i cieplej. Coraz więcej dzieciaków dołączało do bandy po zimie. Wieczory z psem przy dźwiękach skrzypiec. Wymarzone miejsce, pełne zaskakujących wątków.
Rano w niedziele park był pusty. Cisza. Nawet studenci mieli wolne, choć zdarzały się wyjątki. Pamiętam jedną harfistkę, niestety nie słyszałem jak gra. Miała zamknięte okno. Tylko obraz pozostał…

Mecze

Mecze i bitwy na placu pomiędzy czterema drzewami, które były różnymi słupkami do gry i wyznaczały bramki.
Pamiętam też bitwy na kasztany, które koniec końców wygrywaliśmy z pomocą starszych kolegów. Czasami rozpętywało się piekło z tymi z Bartoszewicza, których były Dynasy po drugiej stronie Tamki i byli tu jak mi się wtedy wydawało na nieswojej ziemi.

Wtedy się szło na mury, przez piaskownice mierzyć się z wysokością i podglądać trzodę. W Zakonie. Ogromne mury do innego świata, nie z tego świata. Krawędź niemal kosmiczna, gdy idzie się po śliskim od liści murze między gałęziami drzew, które są wiotkie i odbijają w różne strony. Ledwo co widać i mur zakręca pod nogami.

I dalej lecisz z górki w zimie, budujesz bałwany. I marzą się wielkie sanie, w których można zjechać ze wszystkimi. Zjeżdżało się po czworo na jednej parze z nadzieją na bezpieczną kraksę w zaspie lub łagodny zjazd aż pod bramę.